Czy paryskie metro wytrzyma staropolską życzliwość?



HUMOR NA EMIGRACJI

Bo ja tak jestem spragniona polskiej mowy. Tak bezlitośnie rzucona na paryski bruk. Tzn rzuciłam się na niego sama z tej ciekawości świata.

Tylko po latach spostrzegłam się, że to rzucanie się co nieco boli. Dlatego jak gdzieś tylko na tym paryskim bruku dolecą mnie skąd strzępy rodzimej mowy, nastawiam uszy niczym wentylatory. Żeby wahadłowo wentylować nimi te błogo pieszczące moje emigranckie ucho swojsko brzmiące fale dźwiękowe. A jak jeszcze trafi się coś innego, jak to biblijne wręcz na paryskim bruku:

Kurwa, ale się najebałem. 

To pełna ekstaza.

I tak ostatnio trafiło mi się. Jak ślepej kurze ziarno. W metrze. Jadę sobie metrem. Przeładowanym. A obok mnie dwie korpulentne kibitki. 

Wiedziona podszeptem intuicji, że to nasi. Przepycham się w ich stronę. Szarżuję po tym przetłoczonym wagonie, niczym kozak na kapustę. Ale było warto. Obok właśnie robi się puste miejsce. A ja patrzę na nie, bez mrugnięcia okiem. Cała zamieniam się w słuch. I słucham.

Jedna rodzima babeczka o korpulentnej aparycji do drugiej.

A co siadam? Co będę sobie żałować?

Druga błogosławi tę świątobliwą decyzję potakującym kiwnięciem głowy. Pierwsza na to czuje się zobowiązana i mówi do drugiej:

Kochana, Mogę Cię wziąć na kolana.

Jak ten Mickiewicz – wierszem. Ale ja oczami wyobraźni już zapuściłam się dalej. 

Wyobrażam sobie, jak one tak siedzą sobie, jedna na drugiej. Bez kosmatych myśli. Bo to w sumie niewinna scenka rodzajowa. Polska życzliwość w codziennych przejawach.

Mam tylko nadzieję, że ta nasza życzliwość została wkalkulowana w wytrzymałość​ siedzeń w paryskim metrze. Bo obie panie były eufemistycznie mówiąc pewnej korpulencji.....

Komentarze